 |
 |
Do napisanie tego artykułu nakłoniła mnie fala krytyki wielu fanów „Star Treka” pod adresem nowego jedenastego filmu. Pojawiają się opinie, jako by film ten był profanacją, upadkiem, obrazą prawdziwego „Star treka". Twierdzą oni, że scenariusz jest płytki, pusty, że film zawiera wiele błędów i brak mu logiki. Chce im udowodnić, a także przekonać wiele osób, że nie mają racji. Uważam, że najnowszy film jest na prawdę dobrym wskrzeszeniem umierającej od wielu lat sagi. Zapraszam do, mam nadzieję, miłej lektury. Uwaga na parę kłujących spoilerów.
„The Next Generation” – pierwsze pokolenie?
Czytając niektóre posty krytykujące nowy film miałem wrażenie jak by wielu ludzi zapomniało, że to nie od Picarda i jego dżentelmenów wszystko się zaczęło. To „kosmiczni kowboje” z lat sześćdziesiątych podbijali kosmos, a to o nich opowiada jedenasty „Star Trek” To właśnie bohaterowie pierwszego serialu są nam bardziej bliscy w zachowaniu. Wykazują więcej emocji niż flegmatyczni, poprawni, niemal idealni bohaterowie następnego pokolenia. Dochodziło do bójek, łamania regulaminu, kłótni itp. Picard i jego niezwykle ważna pierwsza dyrektywa floty tu nie pasuje. Załogi innych seriali jak „Deep Space Nine” czy „Voyagera” w mniejszym stopniu, ale jednak powielali tą poprawność. Dlatego dla wiele osób znających tamtą Federacje zachowanie nowej załogi może być denerwujące. Przekłada się to także na cały film. Więcej akcji, rozpęd pasują do młodej energicznej załogi. Spokojna formuła „Następnego Pokolenia” sprawdzić się może jedynie w serialu. Film musi zawierać więcej akcji musi się w nim więcej wydarzyć. Oczywiście proporcje akcja, dialogi to już inna kwestia.
Action!
Właśnie, co z tą akcją? Jest jej za dużo? Ewidentnie film jest na nią nastawiony, ale scenariusz, gra aktorska są na tyle dobre, że nie jest to powód do narzekań, wręcz przeciwnie. Do kina idziemy, aby się zabawić, rozerwać, uciec od codzienności. Nowy „Star Trek” jest właśnie takim uderzeniem czystej radości, rozrywki. Dobra akcja, efekty specjalne w tym pomagają, ale co najważniejsze nie jest to głupia rozrywka a, niegubiąca ducha starego „Star Treka” przygoda. Mogę zrozumieć ludzi, którzy chcieliby po prostu więcej dialogów, ale nie rozumiem ludzi, dla których taka ilość akcji jest sama w sobie zła. Wydaje mi się, że gdyby skrócić wiele scen, a niektóre skasować, jak np. ta na wiertle i dodać trochę mało znaczących kwestii to dla wielu osób był by to od razu lepszy film. Oczywiście wielu powie, że przecież scenariusz nowego treka to i tak totalne dno. Poprzednie filmy musiały mieć w takim razie fenomenalne scenariusze i podostawać wiele Oscarów. Prawda jest jednak taka, że fabuła „jedenastki”, pomimo, że przez natłok akcji jest krótsza to jednak na tle szczególnie ostatnich filmów wypada nadzwyczaj dobrze.
Scenariusz scenariuszowi nie równy
„First Contact” przez wielu uważany jest za jeden z najlepszych filmów „Star Trek” w historii. Jednak jest w nim wiele nielogiczności, wręcz głupot. Tak samo jest z resztą filmowych przygód łysego kapitana, które są według fanów, krytyków „jedenastki” tak niesamowicie lepsze. Przyjrzyjmy się dokładnie trzem ostatnim filmom.
Zacznijmy od „Pierwszego kontaktu”. Borg wysyła w stronę ziemi sześcian. Oczywiście tylko jeden, bo poco więcej nie?. Niestety się to na nich mści i muszą wykonać rezerwowy plan b, czyli… podróż w czasie. Skoro Borg umie podróżować w czasie to cały ten film to nieporozumienie. Enterprise uniemożliwia Borgowi zniszczenie pierwszego statku z napędem warp, dzięki któremu dojdzie do pierwszego kontaktu z inna cywilizacjom i co w konsekwencji rozwinie ludzkość. Bzdura, skoro Borg ma możliwość podróży w czasie może bez końca próbować się cofać aż do skutku. Także cudowne odtworzenie tunelu czasowego na końcu filmu jest typowym bez wysiłkowym zabiegiem. Oczywiście głównym złym jest królowa Borga, która pewnie z nudów podbija cywilizacje. Osobiście wolałem Borga bez pojedynczej jednostki dowodzącej, jako jeden wielki organizm robił lepsze wrażenie.. Picard jak to w schematach hollywoodzkich produkcji osobiście likwiduje głównego złego pod koniec filmu.
„Insuretion” to z kolei romans Picarda na cudownej planecie. Planeta ta, powoduje niestarzenie się po skończeniu dojrzałości. Obcy nią zamieszkujący w niczym z wyglądu nie różnią się od ludzi. Przecież nie ma sensu marnować pieniędzy na charakteryzacje. Mój kolega nieznający sagi myślał, że to kolonia ludzi na innej planecie, miał prawo się pomylić. Zgodnie ze schemat Picard ściera się w końcowej walce z głównym złym. Jak to zwykle bywa flagowy okręt federacji, czyli Enterprise znowu dostaje baty? Może trzeba zacząć budować większe okręty? Dżojstik z Commodore 64 do manualnego porusza się Enteprise robi wrażenie.
Największą katastrofą finansową był jednak „Nemesis” klon Picarda, który miał być użyty przez Romulan przeciwko federacji przejmuje nad tymi o to Romulanami władze. Od razu rzuca się w oczy pewien problem. Jak klonowi, który po nieudanej akcji podmiany z oryginalnym Picardem i zesłany potem do kopalni przejmuje władze nad całym gatunkiem? Gdzie był słynny wywiad Romulan? Te wszystkie zakamuflowane szpiegowskie statki?. Buduje najpotężniejszy okręt w imperium, aby zabić, Picarda, ponieważ potrzebuje jego ciała, aby przeżyć. Zamiast zrobić to szybko musiał niepotrzebnie przedłużać cała szopkę. Jak to zgodnie ze schematem to znowu Picard zabija w ostatecznej walce tego złego pana. Oczywiście znowu musiał pojawić się większy, potężniejszy okręt od flagowego statku floty naszych bohaterów. Enterprise dostaje ostre baty, ale jakoś znowu cudownie przeżył. Uśmiercili Date, ponieważ był… za stary na tą role? Może za bardzo się roztył? No i ta żenująca scena wyrwy na mostku Enterprise po strzale torpedy. Zgodzicie się chyba, że próżnie wyssałaby powietrze z całego mostka w chwile. Płuca znajdujących się tam ludzi uległy by zapadnięciu, implozji pod wpływem gwałtownego wyssania powietrza. Natomiast w filmie cały czas jest tlen. Ktoś powie, że wentylatory dostarczające powietrze na mostek nadąża z dostarczaniem go. Naciągane, ale powiedzmy, że ma racje. W takim razie jak wytłumacz fakt, że załogant wyssany w próżnie jeszcze w niej krzyczy? Po paru sekundach włącza się pole siłowe, a my mamy wrażenie, że na mostku po prostu mocniej zawiało.
Wszyscy głowni wrogowie z tych trzech filmów za dużo gadali. Podobało mi się w zachowaniu Nero z „jedenastki” to, że niepotrzebnie nie przynudzał. Shizon główna zła postać z „Nemezis” wyrzucał tony filozoficznych, bezsensownych dialogów, tak samo królowa Borg. Nero na szczęście nie wypowiadał tekstów typu: „Zemsta będzie niczym słonce rozgrzewające moją duszę o poranku”, „ Płonąca planeta Vulcan nakarmi ocalałych mieszkańców goryczą żalu, złości, którą ja czułem tracąc ukochaną”, „ Moja krucjata nienawiści karmiona jest złem śmierci mojej żony i nienarodzonego dziecka”. Można tak bez końca, ale po co? Nero nie ginie bezpośrednio z rąk Kirka w spektakularnej końcowej walce, a akcja z przenoszeniem się w czasie jest wynikiem przypadku, więc nie ma problemów typu - „dlaczego nie mogli się przenieść jeszcze raz i uratować Romulusa? Niektórzy przyczepiali się do dawki humoru w filmie. Dla czego dać ludziom w kinie możliwość pośmiania się prawda? Przecież to „Star Trek” liczy się przesłanie, morał, filozofia, to przecież poważna sprawa. Prawda jest taka, że to sztywna załoga „Następnego Pokolenia” i koledzy z ich czasów stracili poczucie humoru. Starsze filmy z oryginalną załogą takie jak: „Powrót na Ziemie”, „Ostateczna Granica” czy „ Nieodkryta Kraina” zawierały spore dawki humoru. Ogólnie rzecz biorąc dzieło Abramsa bardziej przypomina stare filmy jak „Gniew Khana” czy „Nieodkrytą krainę”. Moim zdaniem razem z „jedenastką” to trzy najlepsze filmy „Star Trek” w historii w nowym jest po prostu zdecydowanie więcej akcji. Niektórym osobą nie pasował także wiek załogantów. Ktoś napisał, że tak młode osoby na mostku to kompletna bzdura. Dosłownie kilka dni temu oglądałem na National Geographic , program o łodzi podwodnej. Kapitan mówił o osiemnastolatku siedzących za sterami okrętu wartego ponad miliard dolarów. Wojsko to wielu młodych, przeszkolonych ludzi.
Dusza artystyczna
JJ.Abrams w dużym stopniu zmienił także sposób kręcenia nowego Treka, w sposób moim zdaniem bardzo dobry. Przede wszystkim bliskie ujęcia okrętów spotęgowały wrażenie ich wielkości. Czuć jak w żadnym innym poprzednim filmie, że to naprawdę kawał okrętu. Po Kelvinie widać, że już się trochę napracował. Maszynownie są może trochę zbyt archaiczne, ale i tak wolę to niż te czyściutkie maszynownie z poprzednich filmów i seriali. Nie było widać tej całej maszynerii oprócz rdzenia. Tutaj z kolei brakuje trochę bajerów wizualnych tylko praktyczne same rury i krany. Na uwagę zasługuję też cała masa smaczków i detali. Początek film i pojawiający się USS Kelvin. Można było to zrobić klasycznie. Po prostu pojawia się na ekranie okręt i po sprawie. Jednak tutaj na starcie mamy grę świateł i intrygujących dźwięków. Nie wiadomo, o co chodzi i po chwili z tego wszystkiego wyłania się okręt. Niby zbędny bajer, ale jednak nie. Duża ilość takich detali wpływa na odbiór całego filmu. Fantastyczna jest nakładająca się scena porodu i wylatującego promu z USS Kelvin. Tego nie da się opisać to trzeba przeżyć… koniecznie w kinie. Fantastyczna synchronizacja dźwięku i obrazu. Tego nie było w poprzednich „Gwiezdnych Wędrówkach” Zaskoczyło mnie subtelne uwzględnienie nierozchodzenia się dźwięków w próżni. W całym filmie widać, że do jego kręcenia usiadł utalentowany człowiek z pewną wizją, pasją i bardzo dobrze. Gdzieś spotkałem się z opinią, że wejście w warp w nowym filmie to przykład jego efekciarstwa. Nie wiem jak wy, ale na mnie efekt ten zrobił wrażenie. Czuć potężną moc okrętu. Tak samo obłok wokół lecącego okrętu pokazuje, że coś wielkiego, mocnego się wokół niego dzieje. Także nie nazwałbym tego zwykłym efekciarstwem. Film to sztuka i takie rzeczy mają znaczenie.
Serialowy zawrót głowy
Tak naprawdę osobiście liczy się dla mnie jeden serial z pod znaku gwiezdnej wędrówki to oczywiście „The Next Generation” Inteligentny, poruszający wiele naukowych spraw. inspirował wielu naukowców. Niebanalne scenariusze i prawdziwy klimat „Star Treka”, który w takiej formie już zapewne nie powróci. Stworzył go w końcu nie, kto, inny jak Gene Rodenberry. Widać jednak, że w filmach ta załoga, się nie sprawdziła. Następne seriale to trzy gwoździe do trumny Treka. „Deep Space Nine” poprzez umieszczenie akcji na stacji kosmicznej strzeliło sobie w stopę. Nawet fani zaczęli ją nazywać „Deep Sleep Nine” Pomysłów brakowało, więc sprowadzono okręt i wywołano największą w historii Treka wojnę. Nawet żona twórcy „Star Treka” Majel Rodenberry sprzeciwiała się tej całej „nawalance”. Nie sposób też nie zauważyć w przedstawionych tam działaniach wojennych totalną nielogiczność. Dlaczego ani razu nie użyto bezzałogowych okrętów? Lepiej wysyłać doświadczone załogi na śmierć w walcie z automatycznymi stacjami bojowymi czy lecących na kolizje statków Dominion. Jednak to „Voyager” popadał w największe banały. Nie wiadomo po co scenarzyści zgubili go gdzieś w innym Kwadrancie. Nie podobały mi się w serialu także udziwnienia jak strzelanie z fazerów i torped do przodu w czasie lotu w warp, co wydaje się oczywistą głupotą. Było więcej takich niepotrzebnych rzeczy, które psuły spójny kanon technologiczny w „Star Treku” jak opcja lądowania na planecie. Po co? Efekciarstwo? Jednak najgorsze były odcinki, które były po prostu nielogiczne, czego podsumowaniem jest ostatni odcinek serialu. Prawdziwym największym gwoździem był jednak „Enterprise”. Klonował odcinki z poprzednich seriali i ogólnie był żenujący. Rzucano morałami na lewo i prawo, a każdy odcinek był do bólu przewidujący. Rozwalał on także kanon historyczny. Co jednak można nowego wymyślić, jeśli wcześniej powstało już około siedmiuset (!) odcinków
Podsumowując
Wstyd się przyznać, ale po nieszczęsnych ostatnich latach spisałem „Star Treka” na straty. Byłem pewien, że w najbliższych latach nic ciekawego nie wyjdzie, lub będą to nietrafione pomysły jeszcze bardziej pogrążające Treka. Tak się jednak na szczęście nie stało, a przynajmniej dla większości starych fanów oraz milionów nowych na świecie. Zawitało jasne światełko w tunelu i powinniśmy się z tego cieszyć. Możemy jeszcze wiele lat radować się „Star Trekiem”. Jeśli dla kogoś seria pogrążyła się niech jej nie ogląda i nie marudzi tylko się z tym pogodzi. Mam wrażenie, że niektórzy wymarzyli sobie swoją własną wizje Treka i żadne filmy im nie będą pasować, jeśli nie będą dokładnie takie jak chcą żeby były. Dla mnie, jak i zapewne dla wielu te dwie godziny spędzone w kinie to była świetna zabawa, a przecież o to chodzi. Niektórzy po prostu zbyt poważnie do tego podchodzą.
Pozdrawiam.
Mav.
|
 |
 |